Rozdział pierwszy

Weszła przez zniszczone, drewniane drzwi które jakimś cudem nie wypadły z zawiasów i nasłuchiwała. Odetchnęła ciesząc się że ma kryjówkę.
Położony na skraju lasu dom wydawał się niemal idealnym miejscem dla bezdomnych. Już z daleka było widać że co najmniej od parudziesięciu lat jest opuszczony. Miał szare, obdrapane ściany z których sypał się tynk, dach był częściowo zawalony a jedynymi rzeczami które znajdowały się w środku był brązowy fotel o porozpruwanych poduszkach, trzy stare, stłuczone żarówki i jedno łóżko z którego wystawały sprężyny. Dziewczyna jednak już od pół roku żyła w podobnych warunkach więc niczym nie zrażona zadomowiła się tam szczęśliwa z faktu posiadania dachu nad głową. Jednak wiedziała że to tylko kwestia czasu. Znowu ją znajdą a ona znowu będzie musiała uciekać.
Rzuciła małą, skórzaną torbę mieszczącą cały jej dobytek na fotel i westchnęła. Nie wiedziała ile jeszcze da radę wytrzymać. Jak długo będzie miała to szczęście i przeżyje? Kiedy popełni błąd który wpędzi ją do grobu? Nie wiedziała. Czuła jednak że igra ze śmiercią.
Zdjęła swoje mokre, ubłocona trampki licząc że wyschną przeszła przez pokój w skarpetkach gromadząc na nich kurz. Położyła się na łóżku i skuliła w kłębek. Dlaczego to spotkało właśnie ją? Wcześniej wiodła normalne, szczęśliwe życie. Chodziła do szkoły, miała przyjaciół, co sobotę tata zabierał ją do restauracji, zaczął umawiać się z Alice... I wtedy zaczęły się kłopoty. Alice lekarką w pobliskim szpitalu. Była miła i po krótkim czasie zaczęła spotykać się z jej tatą. Zawsze mówiła że chciałaby zastąpić jej matkę na co dziewczyna zawsze się cieszyła. Pół roku później wzięli ślub. Następnego lata ojciec miał wypadek samochodowy a piętnastolatka została pod opieką macochy. Nie było źle. Radziły sobie. Nadszedł jednak dzień kiedy to Alice okazała się potworem o wężowych oczach. Związała nastolatkę i zamknęła w piwnicy pozostawiając ją wraz z niemożliwą prawdą. Dziewczyna dzięki niewiarygodnemu szczęściu uciekła przed powrotem. Spędziła wiele nocy próbując poukładać to w całość. Wyciągnąć jakieś wnioski. Znaleźć logiczne wytłumaczenie. Odkąd uciekła z domu atakowały ją najróżniejsze istoty. Działała na nie jak magnes. Najpierw było trudno. Bez przerwy była ranna, zdezorientowana, przestraszona. Pomimo to przetrwała. Od półtora roku chowała się w lasach, domach i ruinach. Od półtora roku kradła. Od półtora roku uciekała. Gdzie? Nie wiedziała. Od dawna nie liczyła już na ratunek czy pomoc. Zastanawiała się tylko ile dni tego piekła jeszcze przeżyje. 
Leżała w ciszy. Pusta w środku. Opłakując stracone dni. Patrzyła się intensywnie w kurz tańczący w powietrzu oświetlany przez promienie południowego słońca. Usłyszała szelest. Wiedziała że w domu prawdopodobnie są myszy jednak doświadczenie kazało jej to sprawdzić. Płynnym ruchem wstała i na palcach podeszła do torby. Wyjęła z niej mały pistolet który ukradła kiedyś policjantowi. Kule nie zabijały potworów ale dawały jej czas na ucieczkę. Powoli wyszła na krótki korytarz. Na jego środku stał pół kozioł, pół człowiek. Niezauważona podeszła do niego od tyłu po czym przyłożyła pistolet do jego głowy.
-Rusz się a strzelę. - powiedziała i zobaczyła jak ciało istoty sztywnieje. Satyr powoli przełknął ślinę.
-Czym jesteś i czego chcesz? - syknęła w jego kierunku.
-Spokojnie. Nie mamy zamiaru zrobić ci krzywdy. - powiedział nerwowo.
-My? - spytała mocniej przyciskając mu pistolet do głowy. Nagle poczuła zimny metal z tyłu szyi.
-Powoli odłóż pistolet. - usłyszała męski głos. Przeklęła pod nosem, ale rzuciła pistolet pod nogi unosząc ręce do góry. Odwróciła się i zobaczyła chłopaka o czarnych jak noc włosach i oczach przypominających barwą morze. Uśmiechnął się po czym zamienił miecz w długopis, który schował do kieszeni. Popatrzyła na niego zdziwiona.
-Jak powiedział Grover nie chcemy zrobić ci krzywdy. - powiedział.
-Kim jesteście? - spytała oschle.
-Jesteśmy tacy jak ty.
-Nikt nie jest taki jak ja. - szepnęła i popatrzyła na niego z smutkiem w oczach. Chłopak zmarszczył brwi.
-Czego chcecie? - rzuciła rozzłoszczona.
-Chcemy cię zabrać. - powiedział satyr.
-Gdzie? - spytała patrząc na Grovera.
-W bezpieczne miejsce.
Dziewczyna przewróciła oczami.
-Skoro jesteście tacy jak ja powinniście wiedzieć, że takie miejsce nie istnieje. Nigdzie nie jest bezpiecznie - powiedziała zirytowana.
-Istnieje. Musisz mi tylko zaufać. - powiedział nie wiedząc co jeszcze może powiedzieć by przekonać dziewczynę. Podbiegła do niego rzucając go przy tym na ścianę i przyciskając łokieć do jego gardła tak że w każdej chwili mogła go zabić. Annabeth wyjęła miecz ale Percy posłał jej spojrzenie mówiące by nie robiła nic pochopnego. Przyszpilony do ściany czuł jak powietrze ledwo dostaje się do jego płuc blokowane przez przedramię wbijające się w jego gardło.
-Pierwsza rzecz jaką pamiętam? Nie ufaj nikomu. Nie jesteście tacy jak ja. Widziałam już wystarczająco by wiedzieć że równie dobrze możecie kłamać. Nie zawaham się zrobić niczego by przetrwać. - syknęła po czym puściła Percy'ego, który natychmiast wziął łapczywy wdech. Dziewczyna poparzyła w oczy intruzów. W oczach Annabeth malowała się złość i nieufność, natomiast niebieskie oczy Percy'ego wyrażały... zrozumienie i współczucie. Odwróciła się nie mogąc znieść jego spojrzenia.
-Odejdźcie. -rzuciła i wyszła.
*** 
Komentujcie!

Blog

Niezadowolona ze swojej pracy mam zamiar napisać większość od początku. Może się zmienić bardzo wiele i mam nadzieję że będą to zmiany na lepsze. Dziękuje za to że nadal tu zaglądać i proszę o cierpliwość a gwarantuję wam że niedługo blog  znowu ożyje!